Kathryn Tylor – Barwy miłości Podobne

Grace pechowo rozpoczyna trzymiesięczną praktykę w Londynie. Już na lotnisku zaczepia szefa, myśląc, że przyjechał ją odebrać. Potem okazuje się, że mieszkanie, które wynajęła, nie istnieje. Pomaga jej nowa koleżanka z firmy, Anne, proponując wspólne mieszkanie i ostrzegając przed nieprzyzwoicie przystojnym szefem. Na ostrzeżenia jest jednak za późno, gdyż Jonathan Huntington już zauważył Grace i zrobił z niej swoją asystentkę. To nie jedyna rola, jaką dziewczyna chciałaby odegrać w jego życiu. Czy ten pełen tajemnic mężczyzna pozwoli jej na to?

Ostatnio czytałam kilka recenzji tej erotycznej powieści, wszystkie wydały mi się dość pozytywne i bardzo chciałam sprawdzić, jak ja odbiorę tę książkę. Przy czytaniu nie udało mi się uniknąć porównań do trylogii o Greyu. Tym bardziej, że okładka jest utrzymana w bardzo podobnym klimacie, na pierwszy rzut oka kojarzącym się z tym słynnym (czy osławionym?) erotykiem.

Uwaga! Teraz ważna informacja: 
Przeczytałam wszystkie 3 części trylogii o Greyu i nie czuję się z tego powodu skrzywdzona przez los, powiem więcej: wciągnęła mnie historia Any i Christiana. Ale o ekranizacji nie mogę powiedzieć tego samego.

Niewątpliwą zaletą „Barw miłości” jest fakt, że bardzo dobrze i szybko się ją czyta, a zakończenie nie jest przewidywalne. Ale daleka byłabym od zachwytów nad tą książką. Historia jakich wiele ostatnimi czasy- on bogaty i przystojny, ona biedniejsza i niedoświadczona. Wpadają sobie w oko, ona zaczyna snuć wizje wspólnego życia i żywi do niego coraz głębsze uczucia, jemu zależy tylko na seksie (który jest zawsze fantastyczny) i jeśli nawet czuje coś więcej, skrywa to za swoimi zasadami. Ona deklaruje, że zrobi dla niego wszystko, ale gdy przychodzi do realizacji obietnicy…

Choć nie było tu wewnętrznej bogini, ani notorycznego przygryzania wargi, za to często pojawiała się perełka. Widać taki urok powieści erotycznej, zawsze jakieś źle dobrane określenie musi się przewijać w tekście i śmieszyć lub irytować. 

Dlaczego dałam dobrą ocenę? Bo mimo woli wciągnęłam się w tę historię, a otwarte zakończenie dobrze zagrało swoją rolę i sprawiło, że ciekawa jestem, jak się potoczą relację miedzy parą głównych bohaterów. Przypomniała mi wakacje, kiedy na wsi z kuzynką odkryłyśmy pudło harlequinów i zaczytywałyśmy się nimi, zupełnie nie przejmując się tym, że każdy był przewidywalny i podobny. Jeśli lubicie powieści erotyczne i potraficie je zaakceptować ze wszystkimi wadami gatunku, dajcie książce szansę. Ale jeśli na dźwięk słowa „Grey” wzdrygacie się z obrzydzenia, omijajcie „Barwy miłości” szerokim łukiem.

Twórczość autorki:
– Barwy miłości
– Nieznośna dziedziczka
– Twardy orzech do zgryzienia

  • Magiczny Kącik

    Cóż, nieco bardzo przypomina Greya, więc tu ma minus. Nie lubię podobnych wątków. Wolę czytać to, co jeszcze dotychczas nie spotkałam. Historia Any i Christiana z psychologicznego punktu widzenia roztrzęsła mnie niesamowicie. A erotyka to dla mnie tylko dodatek, którego w trylogii E.L.James było sporo.

  • Pingback: Kathryn Taylor – Barwy miłości. Czerwień. – My blueberry life()